I. Skąd się tu wzięłam?
Skąd się tu wzięłam?
Nie jestem romanistką, francuskiego na poważnie uczę się dopiero od niedawna. Nie jestem też lingwistką, nie mam wykształcenia socjologicznego ani historycznego. Temat śmierci języka walońskiego interesuje mnie jako tłumaczkę "małych" literatur, filolożkę słowiańską, ale też jako twórczynię teatralną.
Jakie ścieżki zaprowadziły mnie do Liège? Trochę zawodowe, trochę prywatne. Lata zajmowania się czeską i słowacką kulturą w Polsce sprawiły, że nie potrafię związać się z nowym krajem bez prześledzenia jego historii, próby zrozumienia mechanizmów rządzących jego społeczeństwem, zanurzenia się w kulturę. Belgia jest miejscem wyjątkowym - pełnym sprzeczności królestwem kompromisów, pod wieloma względami przypominającym moje ukochane Czechy, moją ukochaną Słowację. Śmierć języka walońskiego uderzyła mnie jako temat i dzięki uprzejmości programu Culture Moves Europe udało mi się znaleźć trochę czasu i pieniędzy, aby pomęczyć swoimi naiwnymi pytaniami leodyjczyków, czyli mieszkańców Liège.
Kim właściwie jestem?
Swoje artystyczne przygody zaczęłam w dzieciństwie grając na wiolonczeli, ale że byłam z małego miasteczka i do szkoły muzycznej dojeżdżałyśmy z mamą i siostrami PKS-em, zawsze dużo czytałam. Wraz z grupą przyjaciół i ukochanym dyrygentem Krzysztofem Górskim założyliśmy za dzieciaka młodzieżową orkiestrę, z którą jeździliśmy na festiwale do Francji i Rosji (tak, były to mocno skontrastowane ze sobą doświadczenia).
Studiowałam filologię czeską na Uniwersytecie Wrocławskim, Erasmusa spędziłam na Uniwersytecie Masaryka w Brnie na fenomenalnych wykładach o współczesnej literaturze czeskiej, a że byłam też przez chwilę studentką Wydziału Instrumentalnego Akademii Muzycznej we Wrocławiu, w tym samym czasie odbywałam stypendium na Wydziale Muzycznym JAMU – i na tym wydziale również zakończyłam edukację artystyczną jako muzyk klasyczny, zagrawszy tak fatalnie sonatę wiolonczelową Martinů, że nawet nie pofatygowałam się, aby spytać mojego ówczesnego profesora, jaką ocenę dostałam.
Przez pięć lat mieszkałam na Słowacji, gdzie spędziłam przydługi staż w Międzynarodowym Funduszu Wyszehradzkim i fascynujący czas pracy w politologicznym think-tanku Slovak Foreign Policy Association, koordynując międzynarodowy projekt Think Visegrad. W tym czasie też zaczęły ukazywać się moje pierwsze przekłady literackie, przede wszystkim powieści Jaroslava Rudiša.
Na Słowacji zakochałam się w teatrze, który w Polsce wydawał mi się obcym, drogim i niedostępnym miejscem (w sumie dalej taki mi się wydaje, mamy taki love-hate relationship). Odważyłam się nawet wrócić na scenę po latach, tym razem w roli chórzystki-performerki w spektaklu „Suite No 1” projektu Encyclopedie de la parole podczas festiwalu teatralnego w Nitrze.
Przypadkiem natrafiłam na historię XVIII-wiecznego niemieckiego fizyka Johanna Rittera, którego do przedwczesnej śmierci doprowadziły eksperymenty z elektrycznością przeprowadzane na własnym ciele oraz niefrasobliwość w zarządzaniu finansami i kierowaniu karierą naukową. Bardzo chciałam o nim opowiadać, stąd wziął się dramat „Mnemojohann”, wystawiony później przeze mnie w Instytucie Teatralnym w Bratysławie.
Po powrocie do Wrocławia rozpoczęłam studia na Wydziale Lalkarskim Akademii Sztuk Teatralnych na kierunku reżyseria. Studia otworzyły przede mną zupełnie nowy świat, który zaczęłam eksplorować jako asystent reżyserii – między innymi Michała Zadary podczas historycznego wystawienia „Dziadów” Adama Mickiewicza w Teatrze Polskim we Wrocławiu, czy Agaty Dudy-Gracz, z którą współpracuję do dziś jako członek zespołu produkcyjnego jej spektakli – ostatnio w komnatach królewskich na Wawelu.
Jako reżyser teatru lalek dla dzieci zadebiutowałam „Tymoteuszem wśród ptaków” Jana Wilkowskiego w teatrze Tęcza w Słupsku i choć nie wróciłam od tego czasu do tego rodzaju twórczości, nie tracę nadziei, że jeszcze to nastąpi.
Jeszcze jako studentka zaczęłam współpracę z Międzynarodowym Festiwalem Opowiadania, podczas którego kilku edycji wydarzyły się chyba najbardziej szalone, interdyscyplinarne akcje, jakie miałam przyjemność reżyserować. Słuchowisko na żywo z dzienników Franza Kafki z udziałem ich tłumacza, filmowo-performatywna najnowsza iberyjska literatura w przestrzeni Księgarni Hiszpańskiej, wykład heglowski przerobiony na dramat o przyjaźni z robiącym kardio młodym filozofem, immersyjne multimedialne czytanie dramatu przez grupę pisarzy wcielających się we własne abstrakcyjne postaci... Marcin Hamkało poza samym festiwalem zaprosił mnie jeszcze do zrealizowania dwóch ważnych dla mnie rzeczy – instalacji wideo dla Muzeum Pana Tadeusza na podstawie protokołów przesłuchań Adama Mickiewicza z czasów procesów Filomatów/Filaretów oraz happeningu żałobnego dla profesora Majchrowskiego, zrealizowanego z jego bliskimi i współpracownikami w Gdańsku - Mieście Literatury. (Tam też poznałam Natalię Osińską, która namówiła mnie do stworzenia tego bloga.) Agnieszka Wolny-Hamkało napisała dla mnie „Kronikę Polską – operę lalkową” wokół Galla Anonima, którą wystawiłyśmy na PPA, a teraz stworzyła przepiękny dramat muzyczny „Ina Benita” dla sióstr Kurdej, który mamy nadzieję wkrótce wystawić.
Z Darkiem Majem, pod szyldem Teatru Polskiego w Podziemiu, sięgnęliśmy do jednej z przełożonych przeze mnie powieści Jaroslava Rudiša, „Alei Narodowej”, i przygotowaliśmy solowy spektakl, który został nagrodzony Kryształową Pestką na festiwalu w Jeleniej Górze. Graliśmy go na Dolnym Śląsku, na Słowacji, pojechaliśmy na festiwal do Słupska i Cieszyna. Teraz wracamy po latach do tej współpracy, tym razem ze słowackim tekstem, ale o tym wkrótce.
Do najbardziej niezwykłych doświadczeń muszę zaliczyć prezentację „Heleny Trojańskiej” według „Odprawy Posłów Greckich” Jana Kochanowskiego na festiwalu Lokoranga w Kalkucie, ale też pandemiczne czytanie performatywne dla Opolskiego Teatru Lalki i Aktora, które przerodziło się w stworzenie interaktywnej playlisty na YouTubie na podstawie dramatu Beniamina Bukowskiego „Miasto”.
Jeszcze na kilka lat przed agresją Rosji na Ukrainę zajęliśmy się tematem polskiej gościnności w kontekście dużej zmiany społecznej, jakim było powiększenie się enklawy ukraińskiej w moim rodzinnym Wrocławiu. Na podstawie wywiadów z ukraińskimi dziećmi w polskich szkołach Magda Drab napisała na zamówienie Teatru Układ Formalny dramat o jednym dniu z życia Ihora/ Igora w nowej klasie. Spektakl realizowaliśmy w połączeniu sił z Teatrem Współczesnym we Wrocławiu.
Ukończyłam kurs reżyserii radiowej organizowany przez Teatr Polskiego Radia oraz Szkołę Wajdy, dzięki czemu miałam przyjemność zaistnieć na falach również jako reżyserka i autorka dramatycznych krótkich form. Zrealizowałam słuchowisko „Pokutnicy” na podstawie tekstu Marka Prandoty. Dramaturgia dźwięku, również ze względu na moją muzyczną przeszłość, jest zawsze jednym z wiodących elementów w robionych przeze mnie przedstawieniach.
Teatr i przekład literacki udało mi się znów połączyć w reżyserii spektaklu dyplomowego Szkoły Aktorskiej Teatru Śląskiego, gdzie dla grupy młodych aktorek (i jednego aktora) przygotowałam adaptację słowackiej powieści Márii Modrovich. Spektakl nosił tytuł „Jodłowa dolina” i był feministycznym thrillerem o poszukiwaczkach innych sposobów życia i niewygodzie odgórnie przypisanych ról.
Razem z Konradem Sikorą napisaliśmy dramat „Podbrzusze” – opowieść o coming-oucie na podkarpackiej wsi. Poznaliśmy się podczas działań rzeszowskiego Teatru im. Siemaszkowej, w programie kuratorowanym przez Martynę Łyko i Witolda Mrozka. Po kilku latach udało nam się go zrealizować, z Pawłem Bernadowskim, Alicją Semrał i Jurkiem Basiurą. Było to wyzwanie dla nas wszystkich i wzruszające spotkanie z rzeszowską publicznością.
Jedną z moich największych literackich miłości jest Katka Kucbelova, której debiutancka powieść „Czepiec” ukazała się w Polsce w moim przekładzie w wydawnictwie Ha!Art. Szukamy dobrego domu dla jej drugiej powieści, „Ślepoty błękitu” oraz post-apokaliptycznego tomiku poezji „Ku bieli”. Podróż w światy tworzone przez tę intelektualistkę i pisarkę to coś, na co chciałabym zabrać jak największą ilość czytelników. Jej wrażliwość, mądrość i styl upewniają mnie w przekonaniu, że czeka nas jeszcze wiele książek, którymi nas oczaruje.
Jak zwykle pracuję nad kilkoma projektami równocześnie, z mniejszym lub większym sukcesem. Co wyprawiam dokładnie można śledzić na bieżąco w social mediach.
Jedno nazwisko po ojcu, drugie po byłym mężu. Z żadnym się szczególnie nie utożsamiam, ale nie lubię łazić po urzędach z błahych powodów. Imię równie mało wstrząsające, za to po mamie.
Uffff.
Wszystkie moje działania łączy jedno - chęć opowiadania historii. Trochę wierzę w to, że jeśli poświęcę wystarczająco dużo czasu i energii tematowi, on sam wskaże mi sposób, w jaki powinnam go przekazywać dalej. Będę szczęśliwa, jeśli zechcecie mi towarzyszyć w tej podróży.